„Tani pracownik” – okazja czy przekleństwo?

Zdarza się, że specjalista wyróżniający się w zespole wcale nie jest tym najlepiej wynagradzanym. W Polsce rzadko mamy do czynienia z jawnymi widełkami płacowymi, stawki pracowników są więc bardzo zróżnicowane i zależą nie tylko od ich kompetencji, ale również stażu, wieku, płci (!) czy po prostu zdolności negocjacyjnych. Brak przejrzystości płac czasem daje pracodawcy szansę pozyskania „perły” – świetnego pracownika za niewielkie pieniądze. Moja radość w takiej sytuacji jest raczej umiarkowana – poniżej opowiadam dlaczego.

„Udane” negocjacje przy zatrudnieniu

Mimo że jako manager miałem okazję prowadzić kilkadziesiąt procesów rekrutacyjnych, jeden z nich (sprzed paru lat) szczególnie zapadł mi w pamięć.

Jako firma posiadaliśmy oczywiście określony budżet na obsadzane stanowisko. Dlatego gdy jeden z kandydatów zrobił na nas dobre wrażenie podczas rozmowy kwalifikacyjnej, a jego wymagania finansowe mieściły się w przyjętym budżecie, byłem zadowolony i przekonany, że temat jest już w zasadzie zamknięty.

Wówczas do akcji wkroczyła rekruterka, odpowiedzialna za wspomniany proces rekrutacyjny: „Piotr, ten kandydat zgodzi się u nas pracować za mniejsze pieniądze. Zaufaj mi, jestem w tym dobra. Już z nim rozmawiałam, spokojnie wynegocjuję obniżenie stawki o jakieś 10-15%”.

Nie byłem szczęśliwy, ale postawienie mnie przed faktem dokonanym w zasadzie uniemożliwiło jakąkolwiek reakcję. Ostatecznie zatrudniliśmy kandydata za kwotę wynegocjowaną przez rekruterkę, a nie tę przez niego oczekiwaną. Efekty?

  • pracownik niezadowolony już na starcie,
  • po okresie próbnym developer oczekiwał podniesienia stawki do tej, której pierwotnie oczekiwał (na co nasza firma proceduralnie nie była gotowa – z definicji nie różnicujemy stawki próbnej i docelowej).

W rezultacie po 3 miesiącach musieliśmy w specjalnym trybie procesować „podwyżkę”, co było wymagające organizacyjnie i frustrujące – dla wszystkich. A można było nie oszczędzać na siłę i od początku spełnić oczekiwania finansowe kandydata…

Pogoń za stawką

Inny przykład „udanych negocjacji” podczas zatrudnienia: pracownik niezbyt pewny siebie, nie w pełni świadomy własnej wartości (zwłaszcza finansowej), otrzymał od swojego pierwszego managera stanowisko i stawkę niższe niż wynikałoby to z jego doświadczenia i kwalifikacji. Gdy w pewnym momencie przejąłem jego liniowość, okazało się, że:

  • developer jest sfrustrowany tą sytuacją. Nie zgadza się ponadto (słusznie zresztą) na wykonywanie zadań wykraczających poza standardowe obowiązki na jego stanowisku (mimo że posiada do tego wszelkie niezbędne kompetencje),
  • naprawa błędu popełnionego przy zatrudnieniu jest bardzo trudna i czasochłonna:
    • nagły awans i podwyżka rzędu 100% są nie tylko niemożliwe z uwagi na wewnątrzfirmowe procedury, ale również ze względów komunikacyjnych (trudno spodziewać się pozytywnej reakcji / wdzięczności pracownika na informację typu „słuchaj, przez X miesięcy/lat zarabiałeś w zasadzie 50% tego, co powinieneś – ale teraz już będzie dobrze!”),
    • biorąc pod uwagę inflację, tempo wzrostu płac w branży IT oraz dynamikę rozwoju tego pracownika, rozwiązanie problemu za pomocą wyraźnych (rzędu 20%) i częstych/regularnych podwyżek (częściej niż raz w roku) zajmuje… kilka lat.

Mnie, w tym przypadku się udało – cierpliwości wystarczyło obu stronom. W podobnych sytuacjach nie liczyłbym jednak na równie szczęśliwe zakończenie.

Świetny pracownik, a taki tani!

Zabrakło go między innymi w ostatniej historii, którą chciałbym przytoczyć. Można ją zresztą przemnożyć – zdarzyła mi się bowiem dwukrotnie.

Okazało się, że jeden z najlepszych developerów jakich kiedykolwiek poznałem, człowiek – marka sama w sobie, legenda, chodząca encyklopedia – zarabiał mniej niż inni członkowie zespołu, mimo że był w nim liderem i postacią wyróżniającą się.

Wynikało to zapewne z długiego stażu pracy w danej firmie, nieznajomości rynku i panujących na nim warunków, braku umiejętności i woli do negocjacji, zaufania do pracodawcy (!!!).

Taka sytuacja to tykająca bomba zegarowa. Prędzej czy później niedopłacony pracownik przejrzy na oczy (najpewniej pomoże mu w tym rekruter z innej firmy) i – będąc w ciężkim szoku jak bardzo „frajerzy” w obecnym miejscu pracy – obrazi się na pracodawcę i złoży wypowiedzenie.

Tak właśnie stało się w obu przypadkach, których doświadczyłem. Zabawnie wyglądały wówczas heroiczne próby zatrzymania tych pracowników – nagle okazywało się, że w cudowny sposób firma zgadza się na ich nowe (niebotyczne) wymagania finansowe, a oni mimo wszystko odrzucają te oferty („potrzebując zmiany otoczenia”).

Promocyjna cena – zawsze z gwiazdką

Nie jestem fanem podejrzanych okazji cenowych. Zwłaszcza na rynku pracy i w branży IT. Każda „promocja” – tak jak podczas zakupów – jest obwarowana określonym ryzykiem i niedogodnościami.

Zamiast oszczędzać na dobrym pracowniku (zwłaszcza jeśli to oszczędność tylko dla zasady), uważam że warto spełnić jego wymagania finansowe – albo wręcz je przekroczyć, zgodnie z własnym uznaniem i warunkami panującymi na rynku. Myślę, że w dłuższej perspektywie właśnie to jest prawdziwą oszczędnością: czasu, wysiłku, ale również pieniędzy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.